Dziewczynki, jesteście kochane. Bardzo Wam dziękuję za piękne życzenia i oczekiwanie na mój powrót, to naprawdę miłe wiedzieć, że ktoś czeka i chce poczytać o tym wszystkim na... 88 (!) stronie wątku. A teraz szykujcie się na poważną lekturę!
Było idealnie. Ślub cudny, wesele fantastyczne. Pamiętacie te marzenia o bajkowym ślubie, które chodziły nam po głowach, gdy byłyśmy małymi dziewczynkami? One się spełniają.
Pogoda była piękna. W środę, gdy wyjeżdżałam do domu po pracy miałam już prawie depresję, bo wciąż padało. W piątek zaczęło przebijać się słońce, ale wciąż padało. Sobotni poranek przywitał nas gęstą mgłą i kiedy byłam u fryzjera wyszło cieplutkie słoneczko! Pogoda zrobiła się dokładnie na ten jeden dzień - po północy zaczęło padać (i tak przez kolejne dni) - byłam w szoku. Ale uruchomiłam tyle ludzi do odprawiania modłów, postów i błagań, że musiało być pięknie. I było. Etola i bolerko przeleżały w torbie, było mi ciepło i przyjemnie przez cały dzień.
Z fryzury i makijażu byłam bardzo zadowolona. Środowa próbna fryzura nie wyszła idealnie, ale przynajmniej wiedziałyśmy z fryzjerką, co jest nie tak (grzywka była za cieżka, włosy za bardzo wytapirowane itp.). Paznokcie zrobiłam w czwartek, żelowe (na swoich jednak), trzymają się do tej pory pięknie.
Czasu nie było zbyt wiele. Myślałam, że może jeszcze po makijażu wpadnę do Was na chwilę, ale nie było takiej możliwości - cały czas coś było do zrobienia, wszystko co do sekundy zaplanowane. Około 14 przyjechał nasz przyjaciel - fotograf i zaczęłam się ubierać. Chwilkę po 14 był już Ł. z rodzicami i świadkiem. Błogosławieństwo było piękne, nie mogłam powstrzymać wzruszenia.
Później były bramy. Pamiętacie, jak się frustrowałam ideą bram? Chyba całkowicie zmieniłam zdanie. To, co chłopcy zrobili pod blokiem przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Młodzi sąsiedzi przebrali się w wojskowe ubrania i wywołali Ł., by stawił się na służbę. Oczywiście dało radę się dogadać

. Następną bramę zrobili kumple Ł. - też bardzo sympatycznie: rozstawili leżaczaki, grali na gitarze, mieli hawajskie koszule i peruki, a dla mnie chyba z 20 róż. Naprawdę świetna sprawa.
Uczucie podczas wysiadania z samochodu po przyjeździe do kościoła - nie do opisania. Czułam na sobie dziesiątki spojrzeń, wszyscy znajomi rozsyłają mi uśmiechy... Rany, cudowna sprawa, jak ma się wokół siebie bliskich ludzi, z którymi można przeżywać ten dzień. Msza minęła nie wiem kiedy. Podczas przysięgi chciałam zatrzymać czas, żeby ta chwila nigdy nie minęła... Oprawa była bardzo ładna (może troszkę za głośno było, skrzypce zagłuszały nieco wokal, ale nie miało to znaczenia). Po Mszy życzenia i początek moich...cierpień. Mari odkryła, że mieęśnie policzkowe mogą boleć! Uśmiech nie schodził mi z ust przez cały dzień, czego konsekwencją był 3-dniowy ból zębów i mięśni twarzy

. Ale ślub był niezwykły, naprawdę.
Z wesela jesteśmy bardzo zadowoleni. Goście, naturalnie, nie skarżyliby nam się na niepowodzenie, ale sala taneczna była cały czas pełna, a zabawa trwała do 5 rano, więc myślę, że wszyscy świetnie się bawili. DJ spisał się na medal. Fantastyczny człowiek i świetny wodzirej - bardzo dużo dał od siebie, wymyślił zabawy, przy których leżeliśmy ze śmiechu, były drobne śmieszne nagrody, przyśpiewki, muzyka dla każdego - no rewelacja. Sporo tańczyłam, ale mam niedosyt, bo chciałam też chociaż chwilę pomówić z każdym i trochę też posiedziałam przy stole. Zostałam szybko upita

. Mari ma słabą głowę, a że nie oszukiwałam z wodą w kieliszkach, troszkę mi się kręciło w głowie... Było to tuż przed podziękowaniami dla rodziców. Ja za mikrofon, a to pustka w głowie... Ale i tak wyszło pięknie. Później już czułam się dobrze. Dopiero po 3 zaczęliśmy z Ł. odczuwać poważne zmęczenie.
Lokal super. Obsługa poruszała się bezszelestnie, nawet nie wiem, kiedy usuwali ze stołów brudne talerze. Jedzonko przepyszne, właściciel zadbał o wszystko, by ten dzień był wyjątkowy.
Plener zrobiliśmy w ekspresowym tempie za sprawą... komarów. Mimo to fotograf wykonał świetną pracę. Jedyny szkopuł to moje plecy - całe w wielkich bąblach. Zdjęcia w ogóle rewelacja - mamy ich chyba ze 2,5 tys., bo robił jeszcze mój brat. Płytkę dostaliśmy już nazajutrz, a albumy (aż 2) odebraliśmy w niedzielę. Są przepiękne i aż nam było głupio, że cała usługa została nam dana w prezencie.
Goście byli zachwyceni tańcem. My - zaskoczeni ich reakcją. Przy każdym nowym kroku w układzie rozlegały się brawa i okrzyki. DJ wypuścił dym, bańki mydlane i konfetti, a rumba wyszła idealnie (choć w piątkowy wieczór, gdy ćwiczyliśmy, szło nam tragicznie). Warto było się nauczyć tańczyć.
Nasze rodziny były niesamowite. Wszyscy włożyli w przygotowania tego dnia mnóstwo pracy i serca. Wszystko było dla nas, nie musieliśmy robić absolutnie nic - tylko być i ładnie wyglądać! Sprawy organizacyjne dopięte na ostatni guzik przez rodziców i rodzeństwo. Moja siostra nie odstępowała mnie ani na krok, idealna świadkowa. Brat zorganizował mały event - zostaliśmy wywołani do ogrodu, a tam goście trzymali lampiony (duże balony w formie serc z palnikiem, który po zapaleniu napełniał balon powietrzem), które uleciały dla nas w górę. Przepiękny widok.
Całą niedzielę i cały poniedziałek jeszcze się wszyscy ekscytowaliśmy tym wszystkim. Od środy jest mi tylko smutno, że już po wszystkim

. Tak bym chciała przeżyć to jeszcze raz...
Zdjęcia będą w PF jak tylko je przygotuję i wkleję. Zarezerwowałam sobie dziś na forum cały wieczór, także na pewno zdążę.
I cóż rzec... Jestem przeszczęśliwa

.