Ile razy można nucić jak automat "wrzuć monetę, wrzuć monetę, wrzuć monetę, wrzuć monetę, wrzuć monetę, wrzuć monetę"?
Dla mnie afirmacja nie ma głębszego uzasadnienia w świadomym poznawaniu prawdy, absolutu lub dążeniu do doskonałości. Bardziej mnie otępia a nie uwalnia świadomość myśli. To mi raczej pachnie ezoteryką, psychologią niż religią świadomą.
Nie mnie oceniać które ścieżki są lepsze, ale to "wrzuć monetę" wzięło się z założenia, że człowiek nie może poznać rozumem Boga, a jedynie doświadczyć go w pewnym stanie (kontemplacja, medytacja, modlitwa), jako że to, co nazywamy świadomością, jest stanem odcięcia się od źródła (bóstwa).
Z jednej strony, dla człowieka przyzwyczajonego myśleć racjonalnie, może to być nie do przyjęcia, no ale z drugiej, jeśli prawda (ta konkretna) wykracza poza nasze doświadczenie, to i sposób dochodzenia do niej może być inny.
Mistycyzm nie jest przecież obcy chrześcijaństwu.
Może to zabrzmi dla niektórych dziwnie bądź obrazoburczo, ale uważam, że w chrześcijaństwie można łatwo poznać rozumem Boga. Ba, chcąc być zbawionym wręcz koniecznie trzeba(z czym nie zgadzają się niektórzy teolodzy, wmawiając ludziom, że Bóg jest nieodgadniony). Ratio nie przeczy istnieniu Boga, Absolutu. Przynajmniej mnie pomaga w uporządkowaniu kwestii związanych z religią.
Wystarczy poznawać, czyli czytać Biblię. W końcu apostołowie nie byli filozofami tylko prostymi ludźmi, którzy potem spisali to co widzieli, poznali i zrozumieli. Tak robią miliony świadomych chrześcijan.
Czy aż tak trudno zrozumieć słowa "nowe przykazanie daję wam abyście się wzajemnie miłowali"? Potrzeba do tego wyższych stanów świadomości? Nie mam dylematów czy moja wiara jest prawdziwa. Bardziej denerwuje mnie tradycja, dogmaty, przeinaczanie objawionej prostej prawdy.
Czy aż tak trudno zrozumieć słowa "nowe przykazanie daję wam abyście się wzajemnie miłowali"? Potrzeba do tego wyższych stanów świadomości? Nie mam dylematów czy moja wiara jest prawdziwa. Bardziej denerwuje mnie tradycja, dogmaty, przeinaczanie objawionej prostej prawdy.
Same słowa, są bardzo proste, natomiast czym jest miłość do wszystkich ludzi i siebie przy okazji, zrozumie tylko ten, kto tego doświadczył.
Sama miłość, to tylko słowo. Wyobraź sobie (kontemplującego ) mnicha, który rozmawia o miłości z nastolatkiem, w którym buzują hormony - obydwaj będą mieli na myśli zupełnie co innego.
I tak to chyba jest z tymi prostymi prawdami - każdy rozumie je inaczej, czyli po swojemu i stąd te tradycje i dogmaty.
Ja też nie mam dylematów, bo wiem tylko to, że nic nie wiem, a nie zamierzam na siłę uznać czegoś za pewnik, żeby mieć poczucie stałości i bezpieczeństwa.
Dla tych co nic nie wiedzą, też jest miejsce na ziemi, no nie?
Mnie umacniają w wierze proroctwa i inne zdumiewające rzeczy:
1. obietnice dane Abrahamowi, Jakubowi i Dawidowi - historia Izraela pokazuje, że sprawdzają się. Izrael się odbudowuje. Izrael jest szczególnym narodem.
2.. proroctwo o Mesjaszu (Jezusie), który zaniesie Prawo wszystkim narodom - jest bardzo mało narodów, które nie słyszały o 10 przykazaniach.
3. zdumiewające zasady związane z odżywianiem (koszerność) - dopiero XX wieczna medycyna pokazała, że pewne pokarmy są niezdrowe dla człowieka - skąd wiedza na ten temat ok 2500 lat temu?
i wiele innych zdumiewających rzeczy przekonuje mnie, że TO dzieje się naprawdę.
Dopóki wszystko było ok i byłam w szczęśliwym związku mieszkałam w swoim mieszkaniu i kochałam wierzyłam bardzo mocno i codziennie dziękowałam Bogu, że wreszcie mam własny dom i wyrwałam się z tego okropnego piekła, które stworzyła mi własna matka. Ale i moja"rodzina" się rozpadła partner mi się "wypalił" i odszedł do innej, przestałam wierzyć w Boga. Jak ktoś mnie pytał dlaczego nie chodzę do Kościoła po prostu mówiłam że się na niego obraziłam bo mnie nie wysłuchał i pozwolił aby mi się życie rozleciało. Było to głupie myślenie z mojej strony bo i tak codziennie przed snem się zegnałam. Powoli zaczęłam odzyskiwać wiarę i się nawracać i znów chodzę do kościoła chodź nie za często. Ale wiara w chwili obecnej daje mi siłę na dalsze życie.
Zostałam wychowana w wierze chrześcijańskiej, a więc na pewno w jakiś sposób wierzę w Jego istnienie, jednakże owa wiara z czasem zmalała. Przestałam chodzić do Kościoła, modlić się. Nadal poszukuję w pewnym znaczeniu tego słowa odpowiedniej drogi. Nadal błądzę. Staram się być dobrym człowiekiem, z różnym skutkiem, ale wiadomo jak to bywa.
Ostatnio zmieniony przez Balbinka dnia Nie 27-06-2010, 21:05, w całości zmieniany 1 raz
Religia-religią, a wiara-wiarą. Najważniejsze to wierzyć i żyć zgodnie z wiarą. Do tego, moim zdaniem, nie zawsze jest konieczna zinstytucjonalizowana religia. Największy błąd to przestać wierzyć, bo jakieś wyznanie okazuje się pełne złych ludzi itp. To błąd!
Ja wierze ale nie praktykuje moj syn byl rok temu bardzo chory grozila mu smierc bardzo mocno modlilam sie do Boga i Matki Bozej i moje modlitwy zostaly wysluchane syn wyzdrowial i codziennie powierzam moja rodzine pod opieke Maryji
Wierze w Boga,ale nie wierze w kosciol,w te brednie ktore wyglaszaja ksieza,bo po kazaniu,robia takie rzeczy,ze az sie niedobrze robi.Mialam te nieszczescie,ze mieszkalam obok kosciola i nieraz widzialam jak nasz "wielce wierzacy" ksiazulek sprowadzal sobie panny do lozka.Nie chodze do spowiedzi,bo nie bede sie spowiadala,czlowiekowi bardziej grzesznemu ode mnie.Czesto sie modle,w zaciszu alkowy i poki co nie szukam niczego wiecej.
Wierzę w Boga,bardzo,choć nie jestem jakąś specjalnie praktykującą katoliczką. Nie wierze w księży co niby maja powołanie,nie wierze w ich przymusy , nakazy.Wierze w nauki Chrystusa,a w dzisiejszych czasach to daleko odbiega od nauki Kośioła.
Ilekroć spełnia się twoje marzenie, postępujesz jeden krok w stronę Boga. Ale im bliżej jesteś, tym lepiej Go widzisz, i może się okazać, że jest zupełni inny, niż sobie wyobrażałeś.
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach